Dawno temu, każdemu kto próbowałby mi wmówić, że emigruję z ukochanej Polski, wybiłabym to z głowy choćby za pomocą młotka. Podróże kształcą, a życie doświadcza. Tak też Bóg dmuchnął w żagle i okręt mojego życia z rodziną na pokładzie odpłynął w dal, by zacumować gdzieś w samym sercu Wielkiej Brytanii. Od kilku lat uczę się tego "tutaj". Poznaję, doświadczam, smakuję, dziwię się, zachwycam, czasem nie dowierzam, porównuję i opisuję. A kiedyś...? Kto wie, może Bóg znów dmuchnie w żagle i popłyniemy gdzieś dalej, do innego portu? Ale póki co, już dzisiaj zapraszam was na wspólny rejs po Wielkiej Brytanii. Będzie mi bardzo miło gościć was pod moimi żaglami.

środa, 26 stycznia 2011

Początek życia, czyli rodzimy na Wyspach

Nie jest tajemnicą, że wydanie dziecka na świat do łatwych nie należy. Wokół porodów krąży wiele opowieści, mitów, strachów. A przecież każdy poród jest inny. Bywają takie szczęściary, dla których urodzenie dziecka to zaledwie kilkunastominutowy wysiłek, ale bywają także takie kobiety, które czas ten zapamiętają jako wielogodzinną mękę. Za to chwila, kiedy wreszcie ujrzy się swoje maleństwo zawsze jest bezcenna i cudowna. Prawdą jednak jest, że bez względu na to jaki to jest poród i jak długo trwa, samopoczucie przyszłej mamy w dużej mierze zależy od warunków w jakich przyszło zmagać się z tym przypisanym tylko jej życiowym wyzwaniem. Wiele też zależy od personelu szpitalnego i jego czysto ludzkiego podejścia do pacjentki.
Spróbujemy zajrzeć na typową, angielską porodówkę. Oczywiście tutaj na Wyspach jak i wszędzie wiele może zależeć od danego szpitala i personelu. Mnie przyszło wydać moje dziecko na świat w ogromnym, nowo wybudowanym szpitalu i choć sam poród był cesarskim cięciem, miałam także okazję zobaczyć warunki w jakich rodzą się dzieci drogą naturalną.

Kiedy do szpitala przyjeżdża przyszła mama z torbą (w której ma rzeczy swoje i przyszłego maleństwa), po rejestracji i rutynowym wywiadzie oraz przyznaniu paska ze specjalnym numerem pacjenta, który cały czas należy mieć na ręce, zostaje zaprowadzona do pokoju, w którym będzie rodzić. Jak wygląda taki pokój? Mnie skojarzył się trochę z pokojem hotelowym. Oprócz typowego łóżka porodowego i całej ewentualnie potrzebnej aparatury wokół niego, znajduje się tam kanapa, która daje możliwość odpoczynku osobie towarzyszącej, telewizor, internet (wprawdzie należy uiścić opłatę za korzystanie, ale sam fakt jego obecności był dla mnie wielkim zaskoczeniem), stolik, krzesełko, wieszaki na ubrania, a dodatkowo osobna łazienka z prysznicem i wanną z hydromasażem. Domowa i bardzo intymna atmosfera. Każda rodząca ma swój własny pokój. Porodu dogląda położna i to ona w fazie końcowej pomaga i odbiera dziecko. Lekarz wzywany jest tylko w razie konieczności (to akurat wiem z opowiadań rodzących w ten sposób). Chyba nie ma takiej możliwości, by personel szpitalny odmówił rodzącej kobiecie środków uśmierzających ból w trakcie całej akcji porodowej. Znam jeden przypadek kiedy tego odmówiono, ale to tylko dlatego, że poród był już tak dalece posunięty, że podawanie takich środków byłoby bezsensowne albo i nawet nie służyłoby dalszej akcji. Mama z maleństwem może opuścić szpital już po sześciu godzinach od porodu. Tylko w bardzo wyjątkowych sytuacjach mama i jej maleństwo zostają w szpitalu dłużej niż 24 godziny.

Przy planowanym cesarskim cięciu wygląda to oczywiście trochę inaczej. Przyszła mama z osobą towarzyszącą przyjeżdża do szpitala na umówioną godzinę i wpada wręcz w machinę ludzką przygotowującą ją i tę osobę do operacji. Mnóstwo pytań, wypełniania dokumentów, podpisów. Rutynowe badania (serca, ciśnienia), uwagi. Co chwilę ktoś zagląda do pokoju, gdzie to wszystko się odbywa z pytaniami; o zgodę na pobranie łożyska do badań naukowych (papierek i podpis zgody), o zgodę na pobranie krwi pępowinowej (zgoda i podpis). Przychodzą studenci z prośbą o zgodę na uczestnictwo i możliwość obserwowania operacji (zgoda i podpis), następni studenci anastazjologii z kolejnym papierkiem i prośbą o to samo co ich poprzednicy. Mnóstwo pytań. A między tym wszystkim w naszym wypadku przesympatyczne położne, uśmiechnięte, żartujące, rozluźniające nasze napięcie, odpowiadające dokładnie na nasze pytania. W chwili, kiedy podawane było znieczulenie mój mąż przebierał się w szpitalny strój w pokoju obok, natomiast ja czułam się jak małe dziecko, które właśnie się przewróciło i zbiło sobie kolano. Dwie położne, niby trzymając mnie sztywno, przytulały mnie, głaskały po głowie, uspokajały i mówiły same miłe i pocieszające rzeczy. Uwierzcie mi, to potrafi zdziałać cuda.

Gdy wszystko jest gotowe, pacjentka leży już znieczulona, cały czas czuwa nad nią anestezjolog (mój był ciągle zagadujący i bardzo przyjemny), a gdy kurtyna została zawieszona w celu zasłonięcia miejsca cięcia, wtedy na salę woła się osobę towarzyszącą, która siada w pobliżu głowy operowanej i to tak, by również i ona nie miała widoku na to, co się dzieję w okolicy cięć. Wtedy dopiero przychodzi lekarz specjalista przeprowadzający całą operację. Całość trwa około godziny. Ale już po kilkunastu pierwszych minutach pojawia się ten charakterystyczny dźwięk – okrzyk wydobytego z łona dziecka.

Ktoś cały czas zapisuje na tablicy pisakiem dosłownie akcję po akcji, ktoś inny coś mówi, wydaje polecenia, ale wtedy już nic nie jest ważne, bo mama pragnie zobaczyć maleństwo. A co dzieje się z maleństwem? Jest ważone, mierzone, ma liczone palce u nóg i rąk, tata symbolicznie przecina pępowinę, która i tak została odcięta już wcześniej i jest wycieranie bawełnianymi szmatkami. Tutaj nie myje się noworodków przez co najmniej 24 godziny. Jak dowiedziałam się później nawet z polskich książek, daje to naturalną ochronę skóry i zapobiega powstawaniu alergii. Następnie owinięte w szpitalny kocyk położone jest na piersiach mamy. Każda mama wie, jaki to niesamowity moment w życiu jej i jej męża, jeśli ten jest przy niej obecny.

Za chwilę dziecko wraz z osobą towarzyszącą i położną opuszcza salę operacyjną. Cały czas pod okiem taty maleństwo jest badane, ma przypinane paski z imieniem i nazwiskiem oraz specjalnym numerem, a także pasek na nóżkę z chipem. W tym szpitalu personel wręcz robił wszystko, by dziecko było cały czas pod okiem kogoś z rodziców. Po skończonej operacji na tą samą salę trafia mama, by przez kolejną godzinę być pod obserwacją położnej, która nieustannie kontroluje ciśnienie, temperaturę oraz ogląda ranę. Położna pomaga też ubrać dziecko przed jego pierwszą jazdą na piersiach mamy w łóżku po szpitalnych korytarzach, bo teraz mama z dzieciątkiem trafia na właściwą salę szpitalną.

Co mnie się utrwaliło podczas tej przejażdżki, to taka przyjemna i ciepła kolorystyka szpitalnych korytarzy oraz to, że coś, co w Polsce nazwalibyśmy dyżurką, znajduje się dosłownie co chwilę. Potem dowiedziałam się, że każda taka dyżurka, przypominająca trochę ladę sklepową jest odpowiedzialna nie za cały oddział, a tylko za dwa, trzy pokoje. Nie wiem czy tak jest w całym szpitalu, ale na tym oddziale, gdzie leżą mamusie z noworodkami właśnie tak jest. Przy każdej dyżurce dwie lub trzy położne zajmujące się tylko pacjentami z wyznaczonych im sal. Same sale były ogromne. W naszym wypadku na jednej sali mogły leżeć tylko cztery pacjentki z dziećmi. Łóżka szpitalne wyposażone w różne przyciski mogą być podnoszone zarówno w części gdzie leży głowa, jak i osobno gdzie są nogi, do różnych wygodnych dla pacjenta pozycji. Obok łóżka, łóżeczko z dzieckiem, szafeczka, lampka, woda w dzbanku (wymieniana co godzinę), cała szpitalna aparatura, alarm, oraz wysięgnik, na którym jest zainstalowany ekran. Ekran ten pełni funkcję telewizora, radia, telefonu i internetu. Przy każdym z nich słuchawki. Z drugiej strony łóżka wygodny fotel dla taty. I co najważniejsze, intymność. Bo mimo, że na sali może leżeć więcej osób to wokół każdego łóżka tworzy się ścianę z zasłon, które umocowane pod sufitem na rurach mogą odsłonić pacjenta od reszty świata. Każda sala ma także osobną łazienkę z prysznicem, toaletą i umywalką. Jednym zdaniem –jak dla mnie warunki luksusowe.

Same położne były bardzo pomocne. Co kilka godzin pojawiała się pielęgniarka z jeżdżącą na kółkach apteczką rozdzielająca różne lekarstwa i wręcz zmuszająca mamy po operacji do zażycia środków przeciwbólowych, gdyż – jak to wytłumaczyła jedna z nich- cierpienie spowalnia powrót do formy, a mama ma się cieszyć dzieckiem i nie myśleć o bólu. Chyba miała rację, bo przy moim trzecim cesarskim cięciu to dopiero tutaj wróciłam wyjątkowo szybko do formy i tą operację wspominam najlepiej.

W razie wciśnięcia alarmu położne pojawiają się prawie momentalnie, próbując pomóc. Wielkie zdziwienie wywołały posiłki. Kiedy pacjentka nie może się ruszyć, przychodzi do niej położna i pyta, co ma ochotę zjeść. Dziwne dla mnie było to, że mam wybór. A wybór był dość duży; ziemniaki, czy ryż, a może frytki. Mięso takie, czy takie, a może ryba? Sałatka ta i inna. Sos taki czy taki? Co do picia? Sok pomarańczowy, jabłkowy, a może inny? Deser? Ciastko, lody? A do tego pytania, czy nie chcemy dokładki? Pomyślano też o gościach i na stole w korytarzu zawsze stał pełny talerz ciastek (każdy kawałek zapakowany w folię), patera z owocami oraz ekspres do parzenia kawy i herbaty. Bez opłat.

Po cesarskim cięciu w szpitalu przebywa się najdłużej trzy dni. Tylko w razie konieczności może to trwać dłużej. W czasie tych trzech dni dziecku przeprowadza się szereg badań, podaje na życzenie witaminę K. Nie ma szczepień na gruźlicę, chyba że rodzice dziecka są z kraju, gdzie gruźlica występuje. Polskie dzieci tego szczepienia nie przechodzą. Badany jest słuch maleństwa. Jeśli chcielibyśmy być skierowani na badanie bioder, niestety trzeba troszkę skłamać, mówiąc np. o kłopotach z biodrami naszych starszych dzieci.

Nie ma znanych nam z rodzimego kraju „wędrówek z kopertami”. Najpewniej przy próbie wręczenia takiej lekarz zawiadomiłby policję. Nikt tu nie weźmie takich darów, ponieważ każdy się tego boi. Jedynie opuszczając szpital z dzieciątkiem można ofiarować siostrom na dyżurce pudełko czekoladek z kartką z podziękowaniami.

Pojawienie się nowego dziecka w rodzinie obfituje także w napływ wielu ludzi chętnych go przywitać w domu. Rośnie stos podarków i tak tu popularnych kartek. Dość często przychodzi również położna, która mierzy, waży, ogląda dziecko i ewentualnie mamę. Oprócz położnej do domu również przychodzą choćby Health Visitors, czyli osoby zajmujące się bardziej psychiczną stroną matki. One doradzają, podają potrzebne adresy, zachęcają do spotkań z innymi mamami. Są to bardzo przyjaźnie nastawione osoby.
Nowonarodzone dziecko należy zarejestrować w urzędzie oraz w przychodni. Co jakiś czas rodzice z maluszkiem mogą być wzywani do przychodni na takie rutynowe badania.

Tak wygląda początek życia w Wielkiej Brytanii. I nie należy się go bać...... Wszystkim spodziewającym się dziecka życzę szczęścia i głebokich, radosnych przeżyć przy pierwszym spotkaniu z waszym maleństwem.

11 komentarzy:

  1. Z ciekawością zobaczyłam Twoimi oczami inną rzeczywistość. Jak u nas jest, każdy to wie i może właśnie dlatego, od 12 lat nie wykonuję zawodu położnej. Donkiszoteria w tym względzie nie ma sensu. Teoretycznie wiadomo, co trzeba zrobić, tylko wciąż są ważniejsze sprawy, niż rodzenie po ludzku.
    W swoim blogu napisałam kiedyś post o tytule: Plaster, właśnie o sytuacji, która u nas panuje. Jeśli będziesz miała ochotę zajrzeć- zapraszam.
    Tymczasem życzę zdrowia dla Was wszystkich, tak daleko...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam i życzę by pani nigdy nie żałowała tego że wiatr dmuchnął w żagle

    OdpowiedzUsuń
  3. sorry Bóg dmuchnął

    OdpowiedzUsuń
  4. Młoda koleżanka niedawno urodziła synka, stąd dowiedziałam się, że noworodki nie są myte wodą tuż po urodzeniu. Zastanawiałam się dlaczego, prawdopodobnie chodzi o naturalną warstwę ochronną skóry, która stanowi osłonę młodego ciałka. Może wiesz coś więcej na temat przyczyn? Jestem ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Beatto- myślę, że masz rację. Chdzi o włąśnie tą warstwę ochronną skóy. Ja nawet domagałam się by umyto mi dziecko (w Polsce zaraz po urodzeniu dzieci wkłada się pod kran), ale położne były zdziwione, zaskoczone więc poddałam się tutejszej praktyce i wiesz co....chyba było warto, bo nasza mała nie miała i nie ma problemów ze skórą. Może coś w tym jest. Najlepsze jest to, że nawet w Polskich książkach - o czym wspomniałam w poście- można przeczytać o zaletach właśnie nie mycia noworotka przez dobę. Pozdrawiam.

    Mota-czytałam. Potem zaczęłam sobie przypominać różne szpitalne zytuacje i rzeczywiście- plaster krółował. Aż dziwne, że nie użyto go do zlepienia termometru, który niegdyś potrzaskałam. Pozdrawiam.

    Anonimowy- też bardzo bym chciała nigdy tego nie żałować.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ach, jak to miło poczytać, że można rodzić i później przebywać z maleństwem w takich luksusach:) Internet i telewizor nad łóżkiem, możliwość osłonięcia się zasłonami od innych osób na sali, wygodny fotel dla taty, woda w dzbanku wymieniana co godzinę(!), ten wybór dań (deser! lody!), ciasteczka dla odwiedzających itd itd. U nas tego nie będzie chyba i za 1000 lat.
    Rodziłam przecież w nie byle jakim, bo wojewódzkim szpitalu, ale gdzie mu tam do tych standardów. Na plus mogę zaliczyć dwie rzeczy - są tam naprawdę dobre obiady i dzięki temu, że moja mała musiała zaraz po urodzeniu trafić na dobę do inkubatora to faktycznie przez tą dobę nie została umyta. Efekt? Faktycznie żadnych najmniejszych problemów ze skórą do dzisiaj, a starszy Kuba jako niemowlak ciągle miewał jakieś odparzenia itd.
    Pozdrawiam, Agata.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z przyjemnością, mieszniną niepokoju i ciekawością czytała Twój tekst. Jestem w pierwszej ciąży i będę rodziła w Anglii. Nie ma dnia, że się nie zastanawiam, jak to będzie, kiedy już maleństwo przyjdzie na świat. Twój tekst trochę mi rozjaśnił w głowie.
    Dzięki.
    viki_on_line

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej, to jeszcze tylko tutaj dodam, iż urodziłam synka!!! No urodziłam, to duże słowo, bo koniec końców miałam cesarkę. Całe przeżycie oceniam pozytywnie, pomimo iż wszystko trwało długo i byłoby nieziemsko bolesne, gdyby nie znieczulenia. I pomyśleć, że chciałam naturalny poród. Mój mąż do tej pory się ze mnie śmieje.
    Mój synek jest no cóż, to mój synek, więc jest przekochany!!! Urodził się z małym problemem, który będzie trzeba zoperować w następnym miesiącu.
    Ogólnie moje doświadczenia z angielskim NHS oceniam pozytywnie jak do tej pory. Niestety to nie jest koniec...I tak sobie myślę, że dobrze, iz mieszkam w Anglii.
    Pozdrawiam.
    Viki

    OdpowiedzUsuń
  9. Viki- gratuluje! Mam nadzieje, ze poradzicie sobie z problemem i ze wszystko bedzie dobrze. Pozdrawiam i sciskam, zwlaszcza malenstwo!

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam nadzieję, że i mnie kiedyś przyjdzie rodzić w takich warunkach :)
    Co do samej służby zdrowia, mam mieszane uczucia. Troszkę to wszystko inaczej wygląda od drugiej strony czasem (pracuję jako opiekunka), wcale nie tak różowo i nie ze wszystkim w ich systemie bym się zgodziła. Jak każdy system, ma on swoje wady, szkoda tylko, że czasem odbijają się one na czyimś zdrowiu...
    Jak wspominałaś - wiele zależy od tego na kogo i gdzie się trafi, co nie zmienia faktu, że podejście do pacjenta (przynajmniej w większości placówek) jest bardziej ludzkie i tego tutaj uczą.
    Ja sama nie mam najlepszych skojarzeń z lokalnego szpitala i moje doświadczenia przeczą wszystkiemu. Jedynie co, to nie mogę narzekać na izbę przyjęć - bardzo sympatyczny i profesjonalny personel :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jestem w 22 tyg ciąży. Pracuje, mowie srednio po ang. Ostatnio na usg przyszla tlumaczka do pomocy. Po usg wypytywala mnie gdzie pracuje itd. Mowilam, ze w pracy nikt nic nie wie. A ona stwierdzila, ze ma tam znajoma. Nastepnego dnia wszyscy w pracy wiedzieli o mojej ciazy, a ja mialam nieprzyjemnosci z tego powodu, iz sama nie powiedzialam...czy moge cos z tym zrobic?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za to, że tu zaglądacie. Będę bardzo szczęśliwa czytając wasze komentarze-zawsze na mnie działają niczym balsam i sprawiają mi prawdziwą radość.