Dawno temu, każdemu kto próbowałby mi wmówić, że emigruję z ukochanej Polski, wybiłabym to z głowy choćby za pomocą młotka. Podróże kształcą, a życie doświadcza. Tak też Bóg dmuchnął w żagle i okręt mojego życia z rodziną na pokładzie odpłynął w dal, by zacumować gdzieś w samym sercu Wielkiej Brytanii. Od kilku lat uczę się tego "tutaj". Poznaję, doświadczam, smakuję, dziwię się, zachwycam, czasem nie dowierzam, porównuję i opisuję. A kiedyś...? Kto wie, może Bóg znów dmuchnie w żagle i popłyniemy gdzieś dalej, do innego portu? Ale póki co, już dzisiaj zapraszam was na wspólny rejs po Wielkiej Brytanii. Będzie mi bardzo miło gościć was pod moimi żaglami.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Zaginione Ogrody Heligan (The Lost Gardens of Heligan)

Przeszło czterysta lat temu rodzina Tremayne stała się właścicielem ogromnej posiadłości ziemskiej położonej w pobliżu kornwalijskiego miasta St Austell, niedaleko wioski Mevagissey. Oczywiście takich rodzin i takich posiadłości było w ówczesnej Anglii wiele, ale ten spory kawałek ziemi (obecnie ponad 80 hektarów) cechowało coś jeszcze. To „coś” jest malowniczo rozciągnięte pomiędzy stromymi pagórkami i dolinami, stawami, łąkami, lasami oraz szumiącymi strumykami i sięga skalnych urwisk zawieszonych nad brzegiem Atlantyku. To „coś” każdego roku przyciąga tysiące „ciekawskich”, którzy chcą to miejsce odkryć, wchłonąć wzrokiem, nosem i praktycznie zawsze utrwalić nie tylko w swej pamięci, ale także w pamięci swoich aparatów fotograficznych czy kamer.  Co to jest? To ogród. Ogród określany mianem jednego z najbardziej tajemniczych ogrodów Zjednoczonego Królestwa. Ogród, który często jest tematem artykułów w brytyjskich magazynach ogrodniczych i turystycznych oraz doczekał się wielu edycji programów telewizyjny poświęconych sprawom roślin i ogrodów. Tego ogrodu nie mogło zabraknąć na ścieżkach mojego „smakowania” Anglii. Co mnie tam przywiodło? Historia? Moja miłość do roślin i niezwykłych miejsc? Reklama?  A może zwykła ciekawość i chęć sprawdzenia czy ten ubarwiony wszelką roślinnością skrawek ziemi naprawdę zasługuje na miano „naj”? Chcecie to sprawdzić razem ze mną? Więc chodźmy…

Taką mapkę ogrodu otrzymuje każdy turysta.

Czytając ulotkę reklamową z historią Zaginionych Ogrodów Heligan (The Lost Gardens of Heligan) zostałam oczarowana, porażona wręcz ogromnym podziwem dla wspomnianej wyżej rodziny Tremayne. Nie da się ukryć, rodzina ta miała pomysł na ogród, pasję i co tu dużo mówić –sporo pieniędzy na zagospodarowanie tego ogromnego obszaru ziemskiego roślinami, o jakich często nawet dzisiaj niewiele wiemy. Do tego obdarzona była ogromną porcją cierpliwości i miłości do natury. Cztery pokolenia Tremayne, począwszy od drugiej połowy osiemnastego wieku, aż do czasu wybuchu Pierwszej Wojny Światowej wtopiły się w swój ogród, projektując i siejąc, sprowadzając i sadząc, dbając, powiększając swój „ niemały raj” o coraz to nowsze kwiaty, trawy, krzewy, drzewa niemal z całego świata, a zarazem utrzymując klimat dziewiętnastowiecznej Anglii. Powstała tu nawet jedyna na tej szerokości geograficznej plantacja ananasów pod gołym niebem.
Tuż przed wybuchem wojny w 1914 r. w ogrodach Heligan na stałe było zatrudnionych 22 ogrodników, z których 16 zginęło na polach walki wojennej zawieruchy. To był początek końca świetności ogrodów. Ostatni z dziedziców rodziny Tremayne chyba nie posiadał już w sobie tyle pasji co jego przodkowie. A może jego uczucia zamiast na ogród skierowały się w stronę klimatu śródziemnomorskiego? Zafascynowany Włochami oddał posiadłość w dzierżawę i opuścił Anglię, by zamieszkać na półwyspie apenińskim i tam umrzeć nie pozostawiając po sobie potomka. Ogród zarastał i podupadał. Mieszkalna część majątku również przechodziła swoją kolej losu. Nie jest tajemnicą, że w czasie Drugiej Wojny Światowej była tam baza amerykańskich wojsk, a w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku dom został przekształcony na mieszkania i sprzedany. Ogród pozostawał gdzieś wokół domu, coraz bardziej zapomniany…

Wielka, niszczycielska burza w 1990 roku, która sprowadziła wiele spustoszeń nie tylko w ogrodach Heligan, prozaicznie zapoczątkowała nową erę świetności tego zapomnianego kawałka raju. Niejaki Tim Smit i John Willis- potomek rodziny Tremayne zaczęli baczniej przyglądać się zapuszczonej posiadłości ziemskiej, która wciąż była w posiadaniu rodziny. Mężczyźni zaprosili do walki o odzyskanie dawnego blasku ogrodu kilku znawców tematyki ogrodowej. Ogród rodził się na nowo. Trudnym pracom renowatorskim przyglądała się telewizja, która z tego przedsięwzięcia zrobiła kilka odcinków „Gardeners' World”.  Spadkobiercy rodziny Tremayne ostatecznie oddali swoje ziemskie dobra w leasing i ogród został udostępniony publiczności. Przez kolejne lata w tej nadatlantyckiej posiadłości trwały prace (i trwają do dziś), a sam ogród zaczął zdobywać najważniejsze nagrody i dostał się na listę pięciu najbardziej rekomendowanych ogrodów  Wielkiej Brytanii. Od tej pory ogród stał się słynny. Niejednokrotnie można z nim się spotkać na łamach brytyjskich magazynów, w audycjach radiowych i telewizyjnych, a nawet w wielu książkach.  Stał się wielką atrakcja turystyczną.  Można nawet śmiało dodać, że marka Heligan stała się sama w sobie znana. Przewodniki po roślinach, ogrodowe ciekawostki i porady z emblematem Heligan dostępne są nie tylko w wyjątkowym sklepie przy samym ogrodzie. Ogród, który dostosował się do turystycznych potrzeb ma również swoją plantację warzyw, które wykorzystywane są w tutejszej restauracji. Pracownicy ogrodu mają mnóstwo pracy i nierzadko można ich spotkać podczas ich zajęć.
Wybierając się do Zaginionych Ogrodów Heligan nie należy zapominać o wygodnych butach, bo naprawdę jest to spory obszar do obejścia. Właściciele psów muszą pamiętać, że swoje pupile mogą zabierać tam tylko poza sezonem letnim. My najpierw zapuściliśmy się w część leśną, gdzie wśród wielu gatunków ogromnych drzew napotkaliśmy „Śpiącą Królewnę” a dokładnie Zieloną Damę. Spacer niezwykle relaksujący, choć utrudniony przez dość strome pagórki, pod które należy się wspinać. Na szczęście nie brak ławek, na których można przysiąść i odpocząć oddając się całkowicie rozkoszy obcowania z przepiękna przyrodą i urokliwymi śpiewami ptasząt. Tu i ówdzie można nasycić swój wzrok wkradającym się do krajobrazu oceanem, który jest zupełnie obojętny napotykanym po drodze krowom przeżuwającym syto wyglądającą zieloną trawę. Jeśli pogoda jest łaskawa (my trafiliśmy na ciepłą, ale pochmurna aurę), nikt nie będzie nam zabraniał poleżeć na ukwieconych łąkach. Ale chyba najważniejsza cześć ogrodów to ta,  której rodzina Tremayne poświeciła najwięcej swojej uwagi.

Śpiąca Królewna czy zwyczajnie Lady Green.
Bujna roślinność leśna.
Wielowiekowe drzewa wyglądają jak rzeźby największych mistrzów dłuta.
Za lasem czeka niespodzianka.

Na ogromną uwagę zasługuje część słusznie nazwana dżunglą.  Podziwiać ten fragment ogrodów można spacerując specjalnymi wiszącymi deptakami ciągnącymi się wokół długiej doliny (czy nawet dołu), którą tu i ówdzie przecinają mostki widokowe. W dolinie są stawy i całe mnóstwo roślin od paproci, poprzez egzotyczne kwiaty, po wszelkiego rodzaju palmy, które zdecydowanie przenoszą nas w egzotyczne rejony świata. Na skarpach doliny twórcy ogrodu wplątali tak jakby od niechcenia różaneczniki i azalie.
Drewniane deptaki w części zwanej dżunglą.
Wielometrowe trawy bambusowe.
Stawy w dżungli.
Bujność roślin.

Ogromne drzewa kwitnące.



Tutaj widoczne różaneczniki.

Bogactwo różaneczników rosnących w Zaginionych Ogrodach Heligan jest nieporównywalne z żadnym innym, jakie miałam okazje do tej pory widzieć. Stare, grube i poplątane konary, które są atrakcją dla wdrapujących się po nich dzieci, nawet jeśli nie znajdują się w części zwanej dżunglą, zdecydowanie ten rodzaj lasu przypominają. Ile lat mogą mieć te rododendrony? Gołe od dołu, dopiero gdzieś na wysokości trzech, czterech metrów ukazują swoje ciemnozielone i grube liście tworząc coś w rodzaju ogromnych parasoli zacieniających ścieżki biegnące pomiędzy nimi. Tworzą wręcz szpalery i ciemne tunele. Podobno wczesną wiosną pomiędzy tymi konarami zakwitają wszystkie możliwe kwiaty cebulkowe; tulipany, żonkile… Same różaneczniki w niektórych miejscach mogą mieć 10 metrów wysokości. Nigdy wcześniej nie widziałam tak ogromnych różaneczników i  żałuję, że nie mogłam ich widzieć w pełni kwitnienia, bo pewnie wtedy ogród Heligan jest najpiękniejszy. Ale i tak niektóre z nich poczekały z kwiatami na mnie, co bardzo mnie cieszy. Ile mogą mieć lat? Może nawet rosną tam tak długo, jak długo ta ziemia należała do rodziny Tremayne. Jest ich mnóstwo i są praktycznie wszędzie. Najwięcej w części zwanej Ogrodem Północnym.





Konary różaneczników.



Tunele pod różanecznikami, a poniżej pomysłowe ławki.


Ogród Północny to mieszanka roślin i stylów. Spacerując pomiędzy bujną roślinnością możemy trafić do letniego domku, z tarasem i fontanną oraz widokiem na oddalony nieco ocean. Możemy pobłądzić wśród gęstwiny roślin i ukrytych pomiędzy nimi grotami lub na moment przenieść się w świat przyrody przeniesiony prosto z rejonów Nowej Zelandii. Mnóstwo tu bylin, jest ogród skalny i zielnik.  Jest też ogromny i ogrodzony ceglanym murkiem ogród kwiatowy. Ogród kwiatowy to miejsce kwitnienia wielu gatunków kwiatów posadzonych w rzędach niczym warzywa. Podczas naszego pobytu kwitły floksy i róże sąsiadujące z kukurydzą, która nie wiadomo czemu - też rośnie w ogrodzie kwiatowym. Wokół tego ogromnego terenu poustawiane są donice z drzewkami figowymi, cytrynowymi i pomarańczowymi.


Letni ogródek, fontanna a tuż za nim krowy skubiace trawę i w dali widoczny ocean.



Ogród kwiatowy a poniżej drzewko cytrynowe.



Drugi podobny do kwiatowego ogród był ogrodem warzywnym, gdzie oprócz rosnących ziemniaków i innych warzyw, na podziw zasługiwał tunel przechodzący przez cały ten ogród.  Tunel wykreowany z jabłonek. Wygląda niesamowicie!

Tunel z jabłonek.

Tu i tam za niepozorną bramą z laurowiśni, czy choćby za ukrytymi w gęstwinach drewnianymi drzwiami znajdowały się ogródki i ogródeczki mniejsze i większe, ale wszystkie piękne i naprawdę tajemnicze. Odpoczynek w takich miejscach musiał wzbudzać uczucie jakby było się w Niebie.








Czy nazwałabym ten ogród jednym z „naj”? Muszę przyznać szczerze, że mimo wielu zachwytów miałam trochę wątpliwości. Byłam nieco zawiedziona, że różaneczniki już przekwitły i bardzo brakowało mi tabliczek z nazwami roślin, jakie na ogół widuje się w ogrodach botanicznych.  Ale jeśli pozna się historie tego miejsca i dzieje ogrodu, a w dodatku trafi się w to miejsce gdzieś w połowie maja to można rzeczywiście nazwać go najpiękniejszym. Choć może letnią porą również ogród ten jest wyjątkowo cudny ze względu na porę kwitnienia hortensji, a tych widziałam sporą kolekcję w Heligan. Cieszę się, że mogłam tam być i mimo małych mankamentów, czy nazwijmy to moich kaprysów - polecam wycieczkę do Zaginionych Ogrodów Heligan wszystkim miłośnikom roślin, przyrody, długich spacerów czy obcowania w ciszy z przyrodą, choć o ciszę w sezonie turystycznym czasami w takich miejscach jest trudno.

poniedziałek, 16 maja 2011

Nauka czytania

Czasami dopadają mnie myśli, że w dzisiejszych czasach „panowania” gier komputerowych, coraz nowocześniejszych kin domowych, Internetu i wielu, bardzo wielu zagadkowych dla mnie wynalazków – nie ma już miejsca na książki. Techniczne nowinki zdają się zagłuszać książkę nie tylko w Polsce czy w Wielkiej Brytanii. Statystyki są przygnębiające. Od czasu do czasu możemy przeczytać o współczesnym analfabetyzmie człowieka: zna literki, umie je składać, a nie potrafi bądź nie chce czytać. Dlaczego? Może w dzieciństwie nikt nie zaszczepił w nim miłości do książek?


Książki obecne były w moim życiu od zawsze. Nie pamiętam pierwszej samodzielnie przeczytanej książki. Pamiętam wiele książek z czasów mojego dzieciństwa. Niektóre z nich były mi tak bliskie, że po dzisiejszy dzień lubię do nich wracać. Pierwsze lata mojej szkoły opierały się na nauce czytania, pisania i liczenia. Nie zawsze są to miłe wspomnienia, bo nie zawsze ta nauka szła łatwo. Ile razy trzeba było siedzieć nad zadaną czytanką, czy czytać książkę –lekturę, która wydawała się mało interesująca? Oj, bywało tak. Dzisiaj jest mi żal, że troski dnia codziennego i ten bezlitośnie pędzący czas wręcz zabraniają mi czytać tak dużo jakbym sobie tego życzyła. Ale wciąż najczęściej sięgam po książki dla dzieci. Nie tylko z sentymentu, ale także przez silnie we mnie tkwiące poczucie obowiązku zaszczepienia w dzieciach miłości do słowa drukowanego. Nie chwaląc się, idzie mi dobrze. Moje starsze dzieci świetnie czytają w dwóch językach; w polskim i angielskim i co najważniejsze –kochają książki.
A właściwie jak to jest z tą nauką czytania w Wielkiej Brytanii? Czy jest aż tak źle jak czasami opisują to różne portale internetowe czy prasa? Nie, nie jest. Wprawdzie patrząc na statystyki znajomość czytania dzieci w brytyjskich szkołach może wypaść gorzej niż ich choćby polskich rówieśników, ale wynika to zupełnie z czego innego. Statystyki nie biorą pod uwagę ogromnej ilości dzieci imigrantów przybywających do Wielkiej Brytanii , które często nie znają języka angielskiego, nie rozumieją poszczególnych liter, a naukę czytania muszą zaczynać od początku. Tych dzieci jest sporo, więc mimo ogromnego wysiłku tutejszych szkół w pomoc dla nich, wciąż zaniżają statystyki.
Tak naprawdę nauka czytania jest tutaj priorytetem i zaczyna się od najwcześniejszych lat. Jeszcze jako niemowlę dziecko otrzymuje od państwa paczkę z książkami dla najmłodszych, gdzie oczywiście najważniejszy jest obrazek. O taką paczkę należy pytać w przychodni lekarskiej. Wśród programów telewizyjnych dla milusińskich, zwłaszcza tych obecnych na bardzo popularnej stacji Cbeebies są i takie, które w zabawny sposób uczą poprawnej wymowy literek i składania ich w proste słowa.  Gdy dziecko przestąpi próg szkolny, nauka czytania staje się codziennością. W Nursery, dzieci trzy- i czteroletnie oswajają się z książką. W klasach umiejscowione są specjalne przytulne kąciki z półeczkami pełnymi książeczek, gdzie maluchy mogą usiąść i pooglądać obrazki. Codziennie książki czyta nauczyciel. Dzieci zaczynają uczyć się liter i kreślą je w zeszytach. Muszę dodać, że przez kilka pierwszych lat nikt tutaj od dzieci nie wymaga starannego pisania. Te litery wyglądają różnie. Nawet jeśli dziecko pisze drukowanymi literami, nikt nie zwraca na to uwagi. Dlaczego? Ponieważ kiedy dziecko uczy się pisać i czytać ważne jest by się tego nauczyło bezstresowo, by nie myślało o takich szczegółach jak proste i zgrabne litery. Na pismo zaczyna się zwracać uwagę dopiero wtedy, gdy dzieci potrafią już czytać i samodzielnie pisać. Wtedy w klasach pojawiają się specjalne zeszyty, w których codziennie przez kilkanaście minut dzieci ćwiczą charakter pisma.
Powracając do czytania, kiedy nasze dzieci chodzą już do szkoły, ale jeszcze nie czytają, zakłada się im zeszyt, w którym każdego dnia rodzice i nauczyciele notują, jaką książkę dziecko miało w ręku i ile stron dziennie przeczytało na głos. Są to najczęściej książki, które dziecko dostaje do przeczytania od szkoły. Nie są to książki ze szkolnej biblioteki, tylko klasowej biblioteczki i pożycza się je według umiejętności czytelniczych danego dziecka. Na początku są to książki obrazkowe. Zadaniem dziecka jest opowiadać to, co widzi na obrazku, snuć domysły, a dorosły ma mu pomagać zadając pytania typu: „Czy myślisz, że to dobrze…?”, „ Jak myślisz, co się stanie jeśli….?”, „ A czy ty też czasem…?” i tak dalej. Z czasem dziecko dostaje książki z pojedynczymi słowami, potem zdaniami i tak dalej. Najpopularniejsze wśród tych książek są te, które opowiadają o pięcioosobowej rodzinie i ich psie. Mamę, tatę, Biff, Chip, Kipper i ich dużego, żółtego psa- Floppy zna niemal każde dziecko w Anglii.  Ucząc się czytać dziecko poznaje tą rodzinę, o której życiu i przygodach dnia codziennego opowiadają poszczególne książeczki o różnym stopniu trudności. Wszystkie przygody i zdarzenia bohaterów są jakby żywcem wyjęte z życia każdego małego Brytyjczyka, tak też książki te są bardzo popularne, ciekawe i lubiane. Książkowa rodzina ma również swoją stronę w Internecie –tutaj. Ale w Wielkiej Brytanii podobnych serii książek jest bardzo dużo. Mają ważne zadanie: nauczyć małego czytelnika opowiadać, czytać, myśleć i wysuwać wnioski.







Kiedy nauka czytania jest opanowana (na ogół dzieci w wieku sześciu i siedmiu lat czytają już płynnie), wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda z książką.  Może ciekawostką będzie fakt, że w Wielkiej Brytanii nie istnieje pojęcie lektura do przeczytania. Owszem, są określone opowiadania, wiersze, które są czytane i poddawane różnym analizom na lekcjach. Cały czas kontroluje się zaangażowanie dzieci w czytanie książek, ale książki te nie są lekturami i nie „omawia się” ich.  Książki, przez cały okres szkoły podstawowej czyta się też na lekcjach. Najpierw 10- 15 minut czytania po powrocie do klasy z godzinnej przerwy. Dzieci wyciszają się nad książką. Często inne dorosłe osoby przychodzą do szkół i angażują się charytatywnie w to czytanie na przykład słuchając dzieci. Do tego dochodzi jeszcze 10- 15 minut czytania przed końcem dnia w szkole, ale wtedy książkę czyta nauczyciel lub jego asystent.
Pracując w szkole miałam okazję obserwować naukę czytania i muszę szczerze przyznać -bardzo mi się podoba. Wiadomo, że często zaniedbania rodziców i ich obojętne podejście do tej kwestii może mieć –ba!- i ma negatywny wpływ na miłość dziecka do książki, ale wydaje mi się, że zdecydowana większość dzieci uwielbia książki na starcie ich przygody z czytaniem. Przecież książka to taka fantastyczna przygoda!
Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki cieszą się największą popularnością wśród dzieci, opowiem wam o tym następnym razem. Bądźcie ze mną!

piątek, 6 maja 2011

Białe klify w Dover

Bywają różne i można je podziwiać w wielu miejscach na naszym cudnym globie. Są również obecne nad rodzimym Bałtykiem. Ale chyba tym, którzy chociaż raz w życiu mieli okazję płynąć promem przez Kanał La Manche, czy w Wielkiej Brytani nazywanym zwyczajnie Kanałem Angielskim, klify będą przywodzić na myśl portowe miasto Dover.


Aby dostać się na Wyspy Brytyjskie samochodem, musimy korzystać z tunelu lub z promów. Chyba najwięcej naszych rodaków korzysta z promów pływających pomiędzy Dunkierką a Dover. Przeszło dwie godziny rejsu możemy umilić sobie jedząc przysmaki z promowych restauracji i kawiarenek, (ale gdy morze jest niespokojne i mocniej buja- zalecam ostrożność). Miłośnicy zakupów w bezcłowym sklepiku kupują alkohole lub perfumy. Zapachy wydobywające się ze sklepu bywają bardzo intensywne, co też nie każdemu może to dobrze służyć. Jedni podróżują oglądając telewizję, czytając świeżą prasę, inni bacznie przyglądają się swoim dzieciom „szalejącym” na mini placu zabaw. Zmęczeni kierowcy drzemią. Czasami - tak z nudów można poczytać ogłoszenia i gazetki reklamowe drukowane w trzech najczęściej rozpoznawalnych na promie językach; polskim, angielskim i francuskim (kolejność nie jest przypadkowa). Przy ładnej pogodzie warto wyjść na zewnątrz by móc pomachać oddalającemu się brzegowi Francji, a po jakimś czasie doszukiwać się charakterystycznego białego paska urwisk w okolicach Dover – białych klifów. To znak, że zbliżamy się do granicy Zjednoczonego Królestwa.

Do widzenia Francjo!
Płyniemy...
Charakterystyczne białe klify w Dover.

Widoczne z dość sporej odległości są jak latarnia pokazująca statkom brzeg. Dostrzec je można nawet w nocy. Trudno się dziwić, gdyż w najwyższych punktach osiągają wysokość ponad 100 metrów i ogarniają swoimi białymi ramionami kilka, o ile nie kilkanaście kilometrów morskiego brzegu. Bywają niebezpieczne i wybierając się na spacer ich stromym brzegiem należy zachować wyjątkową ostrożność.


Nad białymi, kredowymi klifami wznosi się zamek. Chyba nigdy nie zdołam go zobaczyć… W Dover najczęściej jesteśmy w nocy. Czasami bywamy za dnia, ale po 17-20 godzinach podróży zwyczajnie brak nam już sił na zwiedzanie. Wtedy już tylko marzymy by kolejne trzy- cztery godziny jazdy upłynęły jak najszybciej, byśmy mogli wreszcie położyć się w łóżku i zasnąć kamiennym oraz długim snem. Ale zamek już z daleka wydaje się wyglądać imponująco. Zamek - forteca zbudowany w XII wieku, za panowania króla Henryka II – pierwszego króla z rodu Plantagenetów. Jeszcze w średniowieczu pod zamkiem w kierunku morza zaczęto drążyć tunele. Są po dzisiejszy dzień. Kilometry tuneli ukrytych za białą powłoką klifów w przeszłości; zwłaszcza za czasów wojen napoleońskich spełniały funkcje obronne. W czasie II Wojny światowej mieściło się w nich centrum dowodzenia, szpital i wiele innych użytecznych miejsc. Dziś, każdy kto zatrzyma się w Dover może zwiedzać zamek, zabytkową latarnię pamiętającą jeszcze czasy rzymskie i tunele. Może kiedyś i mnie się uda… Tymczasem zobaczcie białe klify z promów, którymi ja czasami pływam. Pozdrawiam serdecznie-Kasia.

Nad klifami zdaje się panować zamek.
Coraz bliżej brzegu...
Port w Dover o wschodzie słońca.
                   Poranek w Dover.