Dawno temu, każdemu kto próbowałby mi wmówić, że emigruję z ukochanej Polski, wybiłabym to z głowy choćby za pomocą młotka. Podróże kształcą, a życie doświadcza. Tak też Bóg dmuchnął w żagle i okręt mojego życia z rodziną na pokładzie odpłynął w dal, by zacumować gdzieś w samym sercu Wielkiej Brytanii. Od kilku lat uczę się tego "tutaj". Poznaję, doświadczam, smakuję, dziwię się, zachwycam, czasem nie dowierzam, porównuję i opisuję. A kiedyś...? Kto wie, może Bóg znów dmuchnie w żagle i popłyniemy gdzieś dalej, do innego portu? Ale póki co, już dzisiaj zapraszam was na wspólny rejs po Wielkiej Brytanii. Będzie mi bardzo miło gościć was pod moimi żaglami.
Czy znacie tą piosenkę? Mnie kojarząca się z czasem mojego dzieciństwa, moim uczestnictwem w obozach harcerskich czy koloniach. Przy ognisku pożegnalnym śpiewało się wiele piosenek, ale właśnie tą pamiętam najlepiej. Polskie słowa tej piosenki śpiewane są do melodii bardzo znanej szkockiej piosenki o przyjaźni.
Ta stara piosenka; „Auld Lang Syne”, znana w języku angielskim również pod tytułami; „Old long Since”, „Long, long ago” czy „Days gone by” śpiewana jest przy wielu okazjach; ślubach, pogrzebach i innych uroczystościach. Ale chyba najbardziej kojarzy się z nocą sylwestrową. W każdym anglojęzycznym kraju, kiedy zegar wybija północ ogłaszając światu powitanie Nowego Roku, przy lampce szampana rozbrzmiewa melodia tej piosenki. Wszyscy ją śpiewają.
Piosenka noworoczna ma już przeszło 200 lat i została stworzona w 1788 ręką bardzo zdolnego prekursora romantyzmu w Szkocji Roberta Burns (1759 – 1796). Ten szkocki poeta opiewający w swoich wierszach czar wiejskiego życia urodził się Alloway w Ayrshire w ubogiej wiejskiej rodzinie. Dzięki ogromnemu wysiłkowi rodziców Robert skończył szkoły i wydał w 1786 roku swój pierwszy tomik poezji. Był sławną w Szkocji osobą, ale jego sława nie przynosiła mu korzyści materialnych i po kilku latach pobytu w Edynburgu powrócił w rodzinne strony i zajął się pracą na roli. Jakiś czas potem dostał posadę urzędniczą. Zmarł na serce w bardzo młodym wieku, mając zaledwie 37 lat. Jego problemy z sercem były wynikiem ciężkiej pracy w gospodarstwie w czasach jego dzieciństwa. Szkoci po śmierci poety zrobili zbiórkę pieniężną na wsparcie wdowy po nim i jego dzieci, a data urodzin poety -25 styczeń- od tamtej pory stała się datą nieoficjalnego święta narodowego Szkotów.
Piękna pieśń o spotkaniu przyjaciół po latach, o ich wspomnieniach z lat młodości , o świętowaniu ich przyjaźni lada chwila zabrzmi w Szkocji, Anglii, w Stanach Zjednoczonych i wielu innych państwach. Lada chwila nadejdzie kolejny rok.
Wszystkim wam życzę, aby nigdy wokół was nie brakło prawdziwych przyjaciół. Aby każdy z was kochał i był kochany!
Oby ten nadchodzący rok oszczędził wam dramatów, kataklizmów, chorób i smutków!
Czy lubicie dostawać świąteczne życzenia? Wiadomo, wszystkie są podobne, niektóre w formie wierszyka kopiowane wielokrotnie i wysyłane za jednym zamachem do wszystkich, ale mimo to, jakie to cudowne uczucie mieć świadomość, że ktoś o nas pamięta. Najcudowniejsze to te wypisywane na pocztówkach, prawda? Te cieszą najbardziej. Ktoś z myślą o nas kupił, bądź sam zrobił piękną świąteczną kartkę, własnoręcznie ją wypisał, pofatygował się na pocztę i wysłał do nas sprawiając nam ogromną radość i uczucie, że jesteśmy choć trochę ważni dla tej osoby. I pomyśleć, że zawdzięczamy to Sir Henry Cole. Sir Henry Cole (1808-1882) był człowiekiem bardzo szanowanym i powszechnie znanym w dziewiętnastowiecznym Londynie. Nic w tym dziwnego, skoro był pierwszym dyrektorem Muzeum Wiktorii i Alberta w stolicy Anglii. Bywał „na salonach” i miał bardzo wielu znajomych. To wspaniale jest mieć wielu znajomych. Niestety, kiedy nadchodziły długie jesienne wieczory, Sir Henry dostawał czegoś w rodzaju alergii na pisanie listów. Dlaczego? Ponieważ chcąc być kulturalnym i grzecznym, człowiek ten zawsze do wszystkich znajomych wypisywał listy zawierające życzenia bożonarodzeniowe, a skoro tych znajomych miało się tak wielu…..to sami rozumiecie co czuł sięgając po papier i maczając pióro w kałamarzu. Była to długa i bardzo nużąca praca.
Kiedy nadeszła jesień 1843 roku i Sir Henry Cole znów miał sięgnąć po stos papierów, kałamarz i pióro, nagle coś mu wpadło do głowy. Może nawet przypomniał sobie , że rok wcześniej, pewien londyński artysta –William Maw Egley (1826-1916) nie wysyłał do znajomych listów z życzeniami, ale własnoręcznie namalowane zimowe obrazki z życzeniami „Merry Christmas”. Sir Henry Cole postanowił oszczędzić sobie pisania stosu listów. Udał się do innego londyńskiego artysty –Johna Calcott Horsleya (1817-1903) i zamówił u niego rysunek o tematyce świątecznej z wypisanymi świątecznymi życzeniami. John Calcott Horsley namalował rodzinę wznoszącą toast. Sir Henremu obrazek przypadł do gustu i zaraz też zlecił miejscowej drukarni wykonanie tysiąca jego kopii, które w zaadresowanych kopertach zostały rozesłane do znajomych. Od tego momentu popularność kartek świątecznych powoli nabierała rozpędu by ostatecznie, kiedy zatwierdzono możliwość wysyłania kartek bez koperty rozpowszechniła się na cały świat. Już w 1879 roku w samej tylko Europie wysłano aż 350 milionów takich kartek z świątecznymi życzeniami. Jako ciekawostkę dodam, że w Polsce, w 1900 roku ogłoszono konkurs na polską nazwę takiej karty i spośród nadesłanych propozycji wygrała nazwa „pocztówka”, zgłoszona do konkursu przez Henryka Sienkiewicza.
Dziś coraz częściej kartki zastępuje się sms-em lub e-mailem, które choć cieszą, to chyba nigdy nie sprawiają takiej radości jak właśnie kartka obrazkowa wrzucona do skrzynek pocztowych. Ale Brytyjczycy twardo trzymają się swoich tradycji i wciąż wysyłanie życzeń za pomocą telefonów lub Internetu uważa się w Wielkiej Brytanii raczej za brak smaku i wyczucia. Anglicy na ogół tego nie robią. Przemysł pocztówkowy w Wielkiej Brytanii jest bardzo rozwinięty. Nie ma miasta, w którym nie byłoby choć kilku sklepów tylko z pocztówkami, nie tylko świątecznymi, bo przecież Brytyjczycy wysyłają lub wręczają sobie kartki również z innych okazji; urodzin, rocznic ślubu, narodzin dzieci, zmiany pracy, zakupu nowego domu i tak dalej. W okresie Adwentu poczta królewska zarzucana jest kartkami. Chciałoby się powiedzieć: wszyscy do wszystkich ślą życzenia. Ale nie tylko je ślą. Kartki z życzeniami również się rozdaje; w szkole, w pracy, sąsiadom. W szkołach dzieci wypisują je wszystkim nauczycielom i wraz z upominkiem (czekoladki lub butelka wina) wręczają tuż przed świątecznymi feriami. Wypisane kartki wędrują także do wszystkich koleżanek i kolegów z klasy. Nauczyciele wypisują kartki swoim uczniom czasami dorzucając do każdej czekoladowego cukierka. Wieczorami nietrudno jest zobaczyć ludzi biegających z kartkami i wciskających je do skrzynek swoich sąsiadów. Chyba nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek nie został na święta obdarowany kartkami. My w jednym roku naliczyliśmy ich ponad 300. Dlatego świąteczne kartki stanowią dekorację świąteczną brytyjskiego domu. Anglicy zawieszają je na sznurkach pod sufitem, na ścianach lub ustawiają gęsto na kominkach i okiennych parapetach. Dom z nimi wydaje się bardziej kolorowy, a w każdej chwili można po nie sięgnąć, jeszcze raz obejrzeć i poczytać. Cały cudowny urok świątecznych kartek.
A jakie są te świąteczne kartki? Różne. Ja najbardziej sobie cenię te tradycyjne, mówiące o Bożym Narodzeniu, z szopką, żłóbkiem, betlejemskim tłem. Ale również te, określane mianem „season greetings” są wyjątkowe i bardzo pomysłowe. Każda z nich, która adresowana jest do mnie i mojej rodziny bardzo nas cieszy i stawia nas w rzędzie ludzi, którzy bronią tradycyjnej formy wysyłania życzeń jako czegoś pięknego i wyrażającego szacunek dla obdarowanego. Pozwólcie, że na zakończenie pokażę wam trochę świątecznych kartek.
Neony, krzykliwe świąteczne reklamy, świecące dekoracje miejskie i choinki. Zbyt głośne, dobiegające ze sklepów świąteczne piosenki, a nawet kolędy. Wszystkie te rzeczy bardzo nas zmęczyły pewnego dnia , kiedy to z dzieckiem wybrałam się do centrum miasta w celu załatwienia ważnej sprawy. Przystanęłyśmy na moment przy szopce betlejemskiej. Nie, nie przejęzyczyłam się –szopka jest zawsze, co roku w tym samym miejscu. W samym centrum miasta, tuż obok wielu galerii handlowych i biblioteki publicznej. Piękna szopka stoi jakby w centrum ludzkiego przedświątecznego szaleństwa kusząc przechodniów o chwilę uwagi, może zadumy? I zapatrzyłyśmy się na piękne figury Rodziny Świętej i małego Jezuska, które zdawały się uśmiechać do nas na tle betlejemskiego krajobrazu. Przez chwilę miałam wrażenie, ze poza nami nikt tutaj nie staje. Jeszcze kilka lat wcześniej szopka była tematem dyskusyjnym, bo przecież wzbudza kontrowersje, a może nawet obraża uczucia religijne innych wyznań. Moje uczucia ociepla i pewnie nie tylko moje, skoro nadal tutaj jest. Stałyśmy chwilę, gdy nagle podeszła do szopki pani z małym chłopcem; „Look, baby Jesus is here!” zawołała pani, a dziecko przytknęło nos do szyby i z otwartymi szeroko oczami chłonęło widok, którego znaczenie zaczęła tłumaczyć mu mama. Nie byłyśmy same w tym wielkim mieście.
Wielu Brytyjczyków pamięta o sensie Bożego Narodzenia. Wyspiarze to ludzie, którzy przede wszystkim bardzo lubią udzielać się w przeróżnych dobroczynnych akcjach. A Adwent, czy też okres Wielkiego Postu to doskonała okazja do jeszcze większej ofiarności na cele dobroczynne, czy wsparcie dla potrzebujących. Różnym akcjom patronują tutejsze parafie; zarówno katolickie jak i innych wyznań chrześcijańskich. Co rusz słyszy się o dobroczynnych akcjach w radio i czyta na łamach prasy. Wielki udział w wychowywaniu ofiarnego społeczeństwa mają szkoły. Wszystkie szkoły, choć mam nieodparte wrażenie, że katolickie szkoły przodują w takich inicjatywach. Dlatego kiedy Święta Bożego Narodzenia zbliżają się do nas wielkimi krokami, szkoły zaczynają działać. Jedną z takich akcji, corocznie organizowaną w szkole katolickiej, do której uczęszczają moje dzieci są paczki dla dzieci z biednych rejonów świata. Każdy chętny przygotowuje paczkę z ubraniami, zabawkami i przyborami szkolnymi, czyli z tym co znajduje się na liście pierwszych potrzeb jaką udostępnia organizator pomocy. Paczka może być przygotowywana z myślą o chłopcu lub dziewczynce co należy zaznaczyć na paczce. Paczki przynoszone są do szkoły i stąd wędrują do dzieci w potrzebie.
Bardzo często w okresie przedświątecznym organizowane są tzw. non-uniform day, czyli dni bez obowiązkowego mundurka. W takim dniu dzieci mają prawo ubierać się dowoli w co chcą, ale w zamian za zgodę na to muszą przynosić do szkoły funta, który to zasili kolejną akcję charytatywną.
Parafie wspólnie ze szkołami organizują zbiórki żywności, które potem dzięki wolontariuszom wędrują do najuboższych rodzin.
Chóry szkolne, ale także zuchy często swoje zbiórki przenoszą do domów opieki dla ludzi starszych czy bezdomnych , gdzie śpiewają kolędy i umilają czas rozmową z ludźmi osamotnionymi. Czasami grupa dzieci z nauczycielami śpiewa kolędy gdzieś w centrum miasta, a przechodzący ludzie wrzucają do wystawionego wiadra z napisem celu charytatywnego pieniążki.
Dzieci w szkołach katolickich dostają na początku Adwentu kalendarz adwentowo –bożonarodzeniowy, który codziennie starają się śledzić. Dużo prowadzi się rozmów na tematy związane z sensem Bożego Narodzenia, a dzieci dostają dużą dawkę wiedzy o pochodzeniu świąt i ich religijnym znaczeniu.
Nie może braknąć przedstawień świątecznych czy jasełek. Ich tematem zawsze jest Święta Rodzina i narodziny Jezusa. Jasełka są bardzo pięknie przygotowywane przez szkoły. Nauczyciele i ich asystenci dbają o piękną scenografię, choreografię i kostiumy, często szyte przez szkolny personel w szkołach (sama widziałam to na własne oczy). Jasełkom towarzyszy cudny śpiew kolęd, do którego to często włanczają się widzowie. Dzieci wystawiają jasełka kilkukrotnie i zawsze przy pełnej sali rodziców, dziadków, ale także okolicznych mieszkańców. Bardzo lubię przedstawienia z udziałem dzieci.
Ale to, co najbardziej mnie urzekło to Carol service. Co to jest carol service? To kolędowe spotkania. Co roku takie spotkanie odbywa się w kościele, który sprawuje jakby duchową opiekę nad szkoła, tuż przed feriami świątecznymi. Wieczorem cały kościół bardzo tłumnie zapełnia się uczniami szkoły (mundurek obowiązkowy) oraz wszystkimi ich nauczycielami i pracownikami szkoły, którzy gromadzą się wokół ołtarza i w pierwszych ławkach podczas gdy rodzice, dziadkowie, parafianie i goście, choć w tłoku, ale radośnie zapełniają kościół by wspólnie posłuchać biblijnych czytań o narodzinach Jezusa i przy akompaniamencie zespołu kościelnego wspólnie śpiewać pieśni adwentowe i kolędy. Małe dzieci przebrane w stroje z jasełek grają coś na rodzaj pantomimy, co dodaje tym spotkaniom więcej uroku. Szkoła dba o to, by wszyscy mieli dostęp do słów kolęd umieszczając dwie, a czasem trzy tablice, z których można czytać słowa. Bardzo lubię te spotkania. W powietrzu czuć atmosferę prawdziwych świąt Bożego Narodzenia, takich z obecnością Małego Jezusa i Świętej Rodziny. Ludzie wokół często się wzruszają, ledwo hamują łzy i ma się nieodparte wrażenie, że topnieją wszelkie złe lody. Kruszeją serca. Mały Jezus jest obecny wśród tych ludzi.
Wiadomo, dla mnie najpiękniejsze kolędy to te rodzime, ale kolędy śpiewane przez Brytyjczyków są również cudne, dlatego pozwolę sobie na zakończenie dzisiejszego wpisu zapoznać was z niektórymi, a zwłaszcza z tymi, które corocznie śpiewane są na carol service.